Masa ciała
Troszkę spóźniony ten wpis, ale albo nie ma neta, albo czasu, albo mnie. Nieważne, skumajcie jaki motyw: mój tępawy brat skinhead, z którym szczerze się nie cierpimy postanowił się odchudzać (pewnie dla jakiejś równie tępawej panny)! Mam teraz cudowną motywację żebym wróciła do swojej dietki i pokażę mu, że pierwszy spęka! zresztą jakbym mogła przegrać? Oj, bawi mnie to i cieszy niezmiernie
Startujemy od jutra
No dobrze, jeśli to ma mi pomóc to od jutra będę jeść to nieszczęsne mięcho. Niestety nie mogę go zastąpić większą ilością soi, fasoli czy innych roślin strączkowych. Muszą być to białka zwierzęce. Trudno, przeżyję- to przecież nie znaczy, że mam jeść mięso codziennie, prawda? A dzisiaj wstyd się przyznać, ale wpakowałam w mój żołądek same śmieci
I. pół bułki z pasztetem sojowym
II. vegeburger
III. banan
IV. dwie garści snacków
Mam jednak nadzieję, że cały dzień w terenie pozwolił mi spalić przynajmniej część tego dziadostwa. W sumie kalorycznie nie przekroczyłam nawet 1000kcal, myślę, że było to ooło 700. W sumie nie jest tak źle. Jednakowoż śmieciowemu żarciu mówimy "pa pa"
Zastanawiam się tylko nad jednym... Widzicie, bo ja jestem vege (chyba nawet w którymś wpisie o tym wspominałam), a ostatnio na wizycie lekarz nakazał mi wrócić do spożywania mięsa. No i doradźcie mi: co robić?! Ok, z tego co pamiętam lubię mięso, ale nie mogę patrzeć na krzywdę zwierząt. Jedząc "normalnie" na pewno poprawię moje wątłe zdrówko, a zostając przy wegetarianizmie pozostanę w zgodzie ze swoim sumieniem. Hmmm... Doprawdy nie mam pojęcia co z tym zrobićJem, podjadam, gryzę, żuję, żrę, przegryzam, ciamkam, mielę, wpierniczam, wciągam itd
100 brzuszków zrobionych na "odwal"
No nareszcie przezwyciężyłam moje niechciejstwo i lenistwo i wróciłam do robienia setki brzuszków dziennie. Do tego zrobiłam 8 min legs. Myślę co by jeszcze tu dołożyć, ale najpierw zobaczę jak długo pociągnę z tym co już jest, jak długo wytrzymam. Ach, rzec by można:"idealnie!". By! Bo mam jakieś takie wrażenie, że dziś cały dzień jem jak wieprz. W sensie apetytu, a nie sposobu oczywiście (żeby nie było!)
I.jajko na miękko i pół bułki
II. kubek zupy szpinakowej
III. deser "piruet"
IV. jeszcze kubek zup
V. trochę kukurydzy i 2 kromki z serem i pomidorem
Po-ra-cha!
Boli mnie ząbek...Ała... Jak widać niedziela nieciekawa. Mimo to podjęłam nadludzki wysiłek i ćwiczyłam (całe 8 minut)
Ale wiecie jak to jest - zimno jak na diabli i jak tu się ruszyć z cierpliwie wygrzewanego miejsca? Na myśl o wizycie w ubikacji robi mi się chłodniej (bo tam kafelki i zimna posadzka), a co dopiero... Brr, na samą myśl robi mi się zimno. Choć może jakbym poćwiczyła to bym się ogrzała? Za to dietka dzisiaj elegancko- zapiekana paryka, sałatka i nawet mogłam sobie do tego pozwolić na kubek budyniu. Nawiasem mówiąc nie ma to jak siorbnąć sobie gorący budyń przy takim deszczu. Mmm
Dzisiaj cały czas na zmianę jadłam i leżałam... Bolała mnie głowa, było mi zimno no i żeby nie czuć się tak nieszczęśliwie to jadłam. Ćwiczeń też nie było, no bo jak to wysunąć się spod kocyka? W sumie nawet nie zjadłam dużo tylko byle co - zupkę, 2 racuchy z jabłkiem, trochę leczo z kromką chleba, 2 cukierki, paluszki i kolbę kukurydzy (kit z tym ile naładowałam sobie masełka heheh). Odpokutuję to. Obiecuję